Ukończyłem bieg Ultra-Trail du Mont-Blanc, to jest pętelka o długości ok 175 km i 10 000 m przewyższenia wokół Mont Blanc. Bieg zaczyna się w Chamonix we Francji, następnie trasa biegnie przez Włochy, Szwajcarię i z powrotem do Francji do Chamonix. To prawdopodobnie najsłynniejszy bieg górski na świecie, zjeżdżają się tu biegacze z każdego zakątka globu oraz cała światowa elita.
To było moje trzecie podejście do tego biegu, w 2019 nie ukończyłem z powodu kontuzji, w 2022 roku ukończyłem w czasie 39h 17min. Tym razem udało mi się dobiec w czasie 33h 55min, czyli prawie 5,5h szybciej niż w 2022. Najszybsi robią to poniżej 19 godzin, a limit na ukończenie wynosi niecałe 46,5 godziny. W biegu wystartowało 2406 osób, z czego ukończyło 1681, czyli ok 30% startujących nie dotarło do mety. Ja skończyłem na 507 miejscu w końcowej klasyfikacji i 59 w kategorii wiekowej (na ok 370 osób). Po drodze były różne kryzysy, ale do samego końca wyprzedzałem, w sumie podczas całego biegu minąłem ponad 800 zawodników.
Dla niewtajemniczonych: na UTMB nie można się tak po prostu zapisać, najpierw trzeba zdobyć punkty kwalifikacyjne uczestnicząc w innych biegach, które potem zamieniane są na losy w loterii, ponieważ chętnych jest kilkukrotnie więcej niż miejsc na biegu. Losowanie odbywa się w połowie stycznia i wtedy okazuje się czy biegniesz czy nie. Od stycznia do końca marca trenowałem sam, wg schematu z poprzednich lat, a od początku kwietnia zacząłem współpracę z nowym trenerem i ustaliliśmy plan przygotowań do biegu. Od kwietnia trenowałem naprawdę dużo, 7 dni w tygodniu, czasami po treningi 2 dziennie, 13-15 godzin tygodniowo. Poza bieganiem były też treningi siłowe i rower. W sumie od początku roku do dnia startu zrobiłem 160 treningów biegowych (łącznie 2370 km i 45000 m przewyższenia), 48 rowerowych (1635 km) i 45 siłowych. Przygotowania szły całkiem dobrze, wypadło mi dosłownie kilka dni treningowych z powodu choroby na wiosnę i lekkiej kontuzji w lecie (na szczęście nic poważnego), także plan został zrealizowany w 95-97%, co dawało pewien optymizm przed startem, czułem się mocny i przygotowany.
Bieg startuje w piątek pod wieczór, o 17:45, natomiast w tym roku ze względu na słabą pogodę w piątek przesunęli start o 2 godziny, także finalnie wystartowaliśmy o 19:45. Dosłownie na 30 min przed startem przestał padać deszcz i w sumie podczas całego biegu pogoda była idealna. Dodatkowo lekko zmodyfikowali trasę, omijając jedną małą hopkę (kilka km i ok 300 m przewyższenia), bo ponoć było tam niebezpiecznie.
Na stracie stałem trochę z tyłu, bo przyszedłem dosyć późno, żeby nie moknąć. Start przy dźwiękach „Conquest of Paradise” Vangelisa jak zwykle przyprawia o ciary. Na początku trzeba się przebić przez Chamonix, biegnie się przez szpaler dopingujących kibiców, daje to niezłego kopa na starcie. Pierwsze 35 km trasy biegnie się przez niewielkie góry, w miarę blisko cywilizacji, zahaczając o kilka miasteczek, także co chwilę wpada się na doping kibiców. W miastach stoją i dopingują dosłownie tłumy. Dopiero po 35 km trasa wchodzi w większe góry, na początek 10 km podejścia na przełęcz Col du Bonhomme. Przyjąłem to nawet z pewną ulgą, że wreszcie jest cisza i spokój i można się skupić na biegu, a nie na przybijaniu piątek kibicom ( ͡° ͜ʖ ͡°)
Od początku starałem się bardzo opanować, nie dać się ponieść emocjom i biec bardzo spokojnie, bez żadnego ścigania się i marnowania energii przebijanie się przez tłum. Pod górę spokojny marsz z kijkami, w dół bez szarżowania, żeby oszczędzać nogi. Kilka razy stałem po parę minut w korkach, jak były jakieś zwężenia, nim bieg się rozciągnął. Bardzo pilnowałem jedzenia, to absolutnie kluczowe na takim długim biegu. Co 45 min jadłem żel, który miał 45 gramów węglowodanów, czyli dostarczałem 60 gramów węgli na godzinę z samych żeli. W sumie podczas biegu zjadłem ich ok 40. Do tego jadłem „normalne” jedzenie na każdym punkcie żywieniowym (a jest ich na trasie 13, rozmieszczonych co kilkanaście km), np. zupy z ryżem albo makaronem, pieczywo, owoce, ciastka, itp.
Noc minęła bez większych problemów, świt zastał mnie na przełęczy Col de la Seigne na granicy francusko-włoskiej (ok 60 km od startu). Przed 9 rano, czyli po niecałych 13h biegu zameldowałem się w Courmayeur we Włoszech, na 81 km, gdzie był pierwszy przepak i czekała tam na mnie torba z rzeczami nadana na starcie biegu. Była tu też dozwolona zewnętrzna pomoc, także czekali tam na mnie znajomi, żeby pomóc mi się ogarnąć na punkcie. Pojadłem i popiłem, zapakowałem nowe żele do plecaka, zmieniłem skarpety, wymieniłem baterie w czołówce, posmarowałem się kremem na słońce, itp. Cały postój zajął mi ok 40 min, trochę dłużej niż planowałem, ale pozwolił się trochę zregenerować przed drugą częścią biegu.
Ruszyłem dalej, najpierw strome podejście 4 km i 800 m w pionie do schroniska Refuge Bertone, potem w miarę biegowe 15 km, jeden z przyjemniejszych fragmentów trasy z pięknymi widokami, który kończył się kolejnym stromym podejściem (znów 4 km i 800 m w górę) na przełęcz Grand Col Ferret na granicy włosko-szwajcarskiej. Stamtąd zaczynał się prawie 20 km zbieg (z jednym punktem żywieniowym po drodze), a potem relatywnie krótkie ale męczące podejście do przepaku w Champex Lac, gdzie czekała na mnie druga torba nadana na starcie i znajomi do pomocy. To było już prawie 130 km i 22 godziny biegu od startu, także dopadł mnie tu pierwszy większy kryzys. Ściśnięty żołądek nie bardzo chciał przyjmować jedzenie, a nogi też już niechętnie szły dalej. Spędziłem tu kolejne 40 min i trochę doszedłem do siebie, udało się coś zjeść i ruszyłem dalej.
Stamtąd do mety było już „tylko” ok 50 km i 3 hopki po mniej więcej 800-900 m każda. Na podejściu pod pierwszą z nich zaczęła się druga noc, także już po ciemku dotarłem do kolejnego punktu w Triencie, gdzie zameldowałem się ok godziny 22:00 w nocy, po 26 godzinach biegu. Spędziłem tam ok 30 min jedząc i odpoczywając. Po wyjściu z tego punktu miałem straszny atak senności, dosłownie zacząłem zasypiać w marszu, zataczając się jak pijany. Wleciała tabletka z kofeiną i po kilkunastu minutach było lepiej. Druga hopka (podejście i zbieg do kolejnego punktu w miejscowości Vallorcine, już z powrotem we Francji) zajęły mi ok 3 godziny. Dotarłem tam już mocno zniszczony. Niestety próba zjedzenia zakończyła się wymiotami, co było trochę problemem, nie byłem w stanie przyjmować żeli. Odpocząłem tam ok 40 min i z pustym żołądkiem wyruszyłem na ostatni odcinek. W zasadzie ostatnia górka to były 2 osobne hopki, jedna mniejsza, druga większa, w sumie niecałe 20 km i 1000 m podejść. Bez energii z żeli podejścia szły mi bardzo mozolnie, pierwsza mniejsza hopka jeszcze jako tako, po niej był okrutny techniczny i prawie pionowy zbieg, moje zgruzowane czwórki praktycznie nie bardzo chciały zbiegać, także większość schodziłem. Druga większa hopka już zupełnie na oparach, to były moje najwolniejsze kilometry, tempo spadało do 20 min /km. W końcu doczłapałem do ostatniego punktu żywieniowego, skąd było już tylko ok 7 km zbiegu do mety. Tam udało mi się wcisnąć gorącą herbatę z cukrem i na sztywnych nogach zacząłem próbować zbiegać. Zbieg był stromy, technicznie nieprzyjemny, a nogi już totalnie zgruzowane i każdy krok to ból, także bardzo się dłużył i zajął mi ponad godzinę, a jeszcze dodatkowo poślizgnąłem się i zaliczyłem glebę, na szczęście nic poważnego się nie stało. W końcu po ok godzinie, która wydawała się wiecznością, dotarłem do Chamonix, gdzie czekał jeszcze tylko płaski kilometr przez miasto i upragniona meta.
Tak to mniej więcej wyglądało. Z wyniku jestem zadowolony. Fizycznie też byłem naprawdę dobrze przygotowany, uważam że taktycznie pobiegłem bardzo dobrze, widać po tym, że do końca wyprzedzałem. Jestem też zadowolony z pilnowania jedzenia, jedynie problemy żołądkowe w końcówce trochę mnie spowolniły. Na wszystkich punktach żywieniowych spędziłem w sumie ok 4 godziny, tutaj był jeszcze jakiś potencjał do oszczędności czasu, ale kryzysy wymagały chwili odpoczynku. Gdyby wszystko poszło idealnie, myślę że czas mógłby być ok 45-60 min lepszy. Natomiast na ten moment zupełnie nie czuję potrzeby poprawiania wyniku ( ͡° ͜ʖ ͡°) W porównaniu z 2022 rokiem urwałem ok 4 godziny z czasu odpoczynku i ponad 1 godzinę z czasu biegu.
Garść statystyk widać na załączonym obrazku, widoczne tam średnie tempo uwzględnia czas odpoczynku. Dla zainteresowanych więcej szczegółów można zobaczyć tu:
KLIK Jeśli chodzi o buty, to biegłem w Hokach Speedgoat 7 i w sumie sprawdziły się dobrze, zrobiło mi się kilka pęcherzy na stopach, ale to nieuniknione na takim biegu. Dodatkowo na takim biegu trzeba mieć ze sobą całą długą listę wyposażenia obowiązkowego wskazanego przez organizatora (kurtka i spodnie wodoszczelne, 2 czołówki, czapka, bluza, rękawiczki, itp.), także plecak razem z wodą i żelami waży pewnie ponad 3 kg (strzelam, nie ważyłem), jeśli kogoś interesują szczegóły co jeszcze miałem ze sobą, to mogę napisać.
Ogólnie była to bardzo fajna, chociaż męcząca :) przygoda, atmosfera biegowego święta w Chamonix jest niepowtarzalna, warto tego przynajmniej raz doświadczyć, jak się biega po górach. Są tam też rozgrywane krótsze biegi, także nie trzeba od razu lecieć 175 km.
Jeśli macie jakieś pytania, piszcie w komentarzach, postaram się odpowiedzieć.
Z ciekawostek: w tym roku po raz pierwszy ukończył biegacz bez nogi
LINK, wielki szacun!
#bieganie #biegajzwykopem #biegigorskie #biegiultra #utmb #roadtoutmb2026 #raindogwdrodze