Wiem, że panuje propaganda sukcesu, ale jedna rzecz, która mi się ciągle nie udaje - od 15 lat - to jest chudnięcie. Właśnie leżę po zakończeniu piątego tygodnia na bieżni, na której robię szybkie marsze godzinę dziennie.
Efekt jest taki, że w te pięć tygodni schudłem 1 kilogram... w sumie to mniej, bo ostatnio przybrałem 0,1 kg. To są wahania, które tak naprawdę wiele nie mówią - prawdopodobnie waga może po prostu prawie że stać. Najlepsze jest to, że PRAWIE DOKŁADNIE TAKIE SAME wahania mam, kiedy nie wprowadzam aktywności. Moja waga też stoi.
Wiem, bo od lat robię sobie dzienniczki, z liczonymi kaloriami, z posiłkami, z każdą próbą zrobienia czegokolwiek. Stąd wiem też, że jem również w miarę ok. Nie, nie mam diety - ale każdego dnia jem w granicach, lub mniej o 300-400kcal niż moje zapotrzebowanie wynosi. Jem w okolicach 2000 kcal, w większości przypadków mniej.
Liczę teraz posiłki razem z AI (Claude, Opus 5 - High, jeżeli kogoś to obchodzi, nie żaden GPT). Nie, nie robię tego dokładnie - szacuję. Kiedyś robiłem dokładnie i skończyło się to po paru tygodniach, bo nie mogłem ścierpieć siedzenia i ważenia każdej rzeczy i przeliczania tego. Kuchnia i jedzenie zamieniało się w koszmar - to nie było dobre ani dla mnie, ani do życia, ta jedna wielka frustracja. Szacując sprawdzam co jakiś czas, tzn: po pierwsze, zawsze biorę górną granicę kcal danego posiłku. Po drugie co jakiś czas liczę, czy to się zgadza. No i zgadza się, w większości na plus, bo kalorie które zjadam są nawet lekko mniejsze niż szacunki (ale to są już wartości 100kcal maks, więc zakładam, że jem 100kcal więcej, niż wychodzi z wyliczeń ścisłych).
Kiedy człowiek sprawdzi więc efekt po codziennym wysiłku 5 dni w tygodniu, braku podjadania (bo ja ogólnie długo wytrzymuje na jednym posiłku, nigdy nie miałem problemu z podjadaniem, nie mam też nawyków kalorii w płynie, typu Cola, moje napoje to muszynianka i herbata - pozdrawiam, właśnie zaparzyłem zieloną) i okazuje się, że w najlepszym wypadku to jest 1kilogram...
Frustracja, zawód, chęć p-----------a tego wszystkiego.
Myślę, że jeżeli moim celem byłoby samo "schudnąć", to już bym tym p--------ł wszystkim. Kolejny raz zresztą - zwłaszcza, jak wokół roi się od typków, którzy będą pisać słodkie komcie w stylu "wystarczy mniej żreć, hehehe".
Nie, nie wystarczy. To jest mój wniosek po callu z lekarzem, który się tym zajmuje, który powiedział mi to samo i przepisał Ozempic. Pewnie go kojarzycie, często robi rolki i prowadzi aktywnie instagrama z poradami.
Ale ja stwierdziłem, że nie skorzystam. Raz, nie lubię się kłuć, dwa, widziałem jak to działa - efekty uboczne, wymioty, brak radości z życia jaką daje smak jedzenia. Miałem tego przykład i podziękuję. Albo zrobię to sam, albo zdechnę na zawał.
Być może gdybym był na diecie samych warzyw... szło by to szybciej. Kiedyś byłem. Raz - to był koszmar, po miesiącu jak widziałem mięso, to chciałem drapać ściany, jak suka w rui. Kiedyś byłem na diecie Dukanna. Kiedyś zrobiłem szóstkę widera, dwa razy. Jakiś czas temu pływałem sobie na basenie aktywnie, trenerka mnie doprowadziła do formy na której przyjęliby mnie na AWF (tak powiedziała - mogłem crawlem przepłynąć parędziesiąt basenów i się nie zmęczyć). Wiecie, ile schudłem wtedy?
Pół kilograma xDDD
Zaraz się zlecą ludzie i będą mówić, że matematyka, że fizyka, zaczną się kpiny.
Jasne - rozumiem to. Coś źle robię. Ale wiecie, przez te ostatnie 10 lat zawsze coś źle robiłem, ale już sam nie wiem, co. Kalorie liczyłem po trzy razy, posiłki sprawdzałem, prowadziłem dzienniczki żywieniowe. Nawet książkę zacząłem pisać z tego. Nieważne.
Teraz po prostu patrzę ile jem kalorii i sobie chodze po bieżni. Nie dla chudnięcia. Dla samopoczucia, bo mam lepsze. I dla kondycji, lepiej się chodzi z plecakiem, kiedy z dnia na dzień dba się o kondycje.
A bebech - jest i pewnie będzie. Przy tym tempie może się zmniejszy gdzieś koło 2030. Nie wybiegam myślą tak daleko. Wybiegam myślą do poniedziałku, kiedy kolejny raz stanę na bieżni. Kolejne dni - może coś się zadzieje, może nie.
Walić to.
#odchudzanie