Dzien dobry,
Chcialem sie cos poradzic.
Waga: 78 kg
Wzrost: 170 cm
BMI: kiepskie
Po ponad 2 latach (z wieloma przerwami, gorszymi momentami w zyciu, gdzie jadlem jak swinia) bycia na keto, unikania wegli, zjechalem ze 101 kg do 80 kg - roznica niesamowita, bo zmienilem ciuchy, czulem sie lepiej itd.
Keto trzymalem do kwietnia, ostatni pomiar mojej super hiper inteligentnej wagi podczas ketozy to 77,15 kg
No ale postanowilem, ze w sumie mam tego dosyc, idzie lato, wiecej pokus, a unikanie wegli staje sie po prostu mega ciezkie i wrocilem do "normalnego" zywienia.
Dopadlem kilka kalkulatorow w necie, zainwestowalem w Fitatu Premium, ufajac kalkulatorom w necie ustanowilem swoje zapotrzebowanie na 2200 kcal no i jazda.
Zaczalem - pierwsze 2-3 tygodnie byly ciezkie, bo organizm w sumie nie wiedzial, co sie dzieje, przybralem do +- 80kg - uznalem to za normalne, okej, szok po keto wywolany - spoko.
Dodam, ze moj ruch wyglada nastepujaco:
5x w tygodniu rower do pracy lacznie 9 KM - jazda po Warszawie, wiec swiatla nie swiatla, zaden maraton
2x w tygodniu biegam po 5 KM
4x w tygodniu "cwicze" jesli mozemy to tak nazwac z uzyciem apki Fitify - mozna sie smiac, ale silka mnie nie kreci, a tutaj glownie pracuje na ciezarze wlasnego ciala, efekty widze po rekach, brzuchu, zaostrza sie i nie jestem juz taki napuchniety
7x srednio krokow 8-9k dziennie
Zegarek twierdzi, ze srednio dziennie spalam 700-800 kcal (ile w tym prawdy - nie wiem)
Kazdy produkt sumiennie waze, jak gotuje to wszystko licze, patrze, czytam, zrezygnowalem z tluszczu, kupilem AirFryera do "smazenia" bez tluszczu, pozostawilem sobie po keto okna zywieniowe, gdzie przyjmowanie kalorii zaczynam o godz. 14:00 a koncze o 22, no czasem 23 - no i tu jest problem, bo jem w pracy jedzonko, jest to srednio max. 700 kcal, potem wracam do domu i jem powiedzmy drugie tyle - i... tyle, bo na 1400 kcal sie zatrzymuje i NIE JESTEM GLODNY, wiec nie jem. I wiem, ze zostaje w Fitatu jeszcze 800 kcal do rozdysponowania, ale ja nie chce, bo nie chce wpychac na sile.
Np. ten tydzien wyglada tak:
Poniedzialek: 1451 kcal B: 86 T: 40 W: 183
Wtorek: 1314 kcal B: 91 T: 25 W: 174
Sroda: 1770 kcal B: 98 T: 42 W: 244 (cos tu przesadzilem z weglami chyba xD)
Czwartek: 1920 kcal B: 112 T:49 W:249
Piatek: 1389 kcal B:75 T:60 W:136
Zeszly tydzien wygladal gorzej, bo praktycznie w kazdym dniu mialem te 1400-1500 kcal
Waga sie wacha, jest roznie, zalezy wiadomix - raz kupa, raz woda, raz cos tam, ale no dzis stanalem na wadze (staram sie co tydzien wazyc) i mialem juz 78 a dzisiaj 80 XD No i sie zdemotywowalem, no bo kurde, licze mecze sie a tu 2kg w plecy xD
Pomiary na brzuchu niestety te same, boczki wciaz tak samo duze, jak byly xD
I teraz pytanie:
Gdzie popelniam blad?
Dodam, ze moje myslenie jest takie: O spoko, moge jesc 2200 zeby schudnac, to jak zjem 1500 to mam 700 w kieszeni, nastepnego dnia tez zjem 1500 to juz mam 1400 w gratisie, to w weekend moge walnac sobie cos dodatkowo, na co bede mial ochote a kalorie sie zgadzaja.
Cos czuje ze w/w myslenie ostro ssie palke, prawda?
Co robic, zeby chudnac?
Mam trzymac te 2200, olac okna, jesc 3-4x dziennie i dobijac do 2200, dodatkowo ruszac sie, tak jak wyzej, i bedzie git? Bo ziomek mi powiedzial, ze moj organizm dostaje za malo i magazynuje, bo ja jestem #!$%@? i nie daje ile trzeba, no i w sumie moze to ma sens xd
HELP
#chudnijzwykopem #dieta #fitatu