1432 + 1 = 1433
Tytuł: Cyfrowy minimalizm. Jak zachować skupienie w hałaśliwym świecieAutor: Cal NewportGatunek: poradnikiOcena: 6/10ISBN: 9788366142343Tłumacz: Anna Dorota KamińskaWydawnictwo: StudioEMKALiczba stron: 336Forma książki: książkaZ początkiem roku zrobiłem sobie postanowienie, żeby ograniczyć trochę przesiadywanie w Internecie. Nie żebym marnował na to przesadnie dużo czasu, ale uznałem, że lepiej poczytać sobie jakąś książkę, niż kolejny gunwo wpis na mirko.
Pomóc mi w tym miał cyfrowy minimalizm, którego definicja brzmi:
Filozofia korzystania z technologii, w której czas spędzany online skupiony jest na małej liczbie starannie dobranych i zoptymalizowanych działań, które mocno wspierają to, co ma dla nas wartość, oraz radosnej rezygnacji z całej reszty.
Sam poradnik to nic odkrywczego. Garść informacji dlaczego dzisiejszy Internet i wszelkiej maści media społecznościowe czy aplikacje, to niezłe dziadostwo, które robi nam papkę z mózgów, co zyskujemy odstawiając te rzeczy i jak tego dokonać.
Sposób na to jest prosty: zrezygnować na miesiąc z internetowych stron, portali społecznościowych, aplikacji, na które marnujemy za dużo czasu; zrobić w tym czasie rachunek sumienia, czy rzeczywiście są nam one potrzebne do życia; jeśli nie są, to nie wracać do nich po tym okresie.
Niby bułka z masłem, ale wcale nie jest to takie łatwe do wykonania jakby się mogło wydawać. Możemy bawić się w jakieś półśrodki typu apki blokujące, obiecywać sobie, że zerkniemy "tylko na pięć minut", czy kupować jakieś głupiofony, lecz prędzej czy później i tak zaczniemy sobie popuszczać pasa, żeby ostatecznie wrócić do punktu wyjścia. Według Newporta najlepszym i najskuteczniejszym sposobem jest po prostu całkowita rezygnacja z niepotrzebnych stron i aplikacji, a odzyskany dzięki temu czas wykorzystać na rozwój czy jakieś hobby.
Jeżeli chodzi o moje osobiste doświadczenia, to książka pomogła mi chyba nawet bardziej niż się tego spodziewałem. Do sprawy podszedłem dość sumiennie i przez cały styczeń odciąłem się całkowicie od Internetu, na telefonie mogłem słuchać tylko muzyki instrumentalnej, a z rozrywek pozwoliłem sobie jedynie na czytanie papierowych książek. Żeby nie było, to nie popadałem w jakieś skrajności i jak trzeba było skorzystać z Google Maps, zamówić coś na Allegro czy wysłać maila, to to robiłem, ale jeśli chodziło o czas wolny, to nie robiłem sobie żadnych wyjątków.
Pierwsze dwa tygodnie to była niezła męczarnia, bo choć lubię słuchać i czytać (przez dwa tygodnie przesłuchałem według moich statystyk Last.fm połowę tego, co przez cały 2025 rok oraz przeczytałem od deski do deski "Bastion" S. Kinga, który liczy ponad tysiąc stron), to w pewnym momencie ma się tego dość i ręka sama szuka telefonu, który wywaliłem na szczęście do szuflady w innym pokoju, żeby mniej kusiło.
Z każdym dniem jest jednak prościej i człowiek zaczyna się przyzwyczajać do ciszy w głowie, własnych myśli, mózgownica nadaje na zupełnie innych falach, a czas jakby spowalnia. Zrobiłem się też spokojniejszy, bo od tego całego dziadostwa, które się odwala na świecie ciężko się nie stresować, a kto choć raz uczestniczył się w jakiejś gunwo burzy pod tagiem polityki, ten się w cyrku nie śmieje.
Po dwóch tygodniach zacząłem wracać do zajawek, na które wcześniej nie miałem ochoty, albo brakowało mi czasu i zacząłem czerpać z nich wreszcie jakąś przyjemność. Od razu zaznaczam, że nie było to żadne cudowne przemienienie czy coś w tym stylu, raczej drobne impulsy świadczące o tym, że coś zaczyna iść w dobrym kierunku. Przełamałem art blocka i zacząłem coś tam sobie tworzyć, codziennie prowadziłem dziennik, zacząłem uczyć się grać na gitarze, robić notatki oraz pisać recenzje książek, które przeczytałem i kilka innych dupereli, także jak dla mnie całkiem nieźle.
Tak zleciał mi cały miesiąc, a potem jeszcze następny, lecz jak to w życiu bywa nic nie trwa wiecznie. Przyszedł pierwszy urlop w roku, człowiek trochę się wyluzował i zaczął sobie pozwalać na więcej. Tego się można było w sumie spodziewać, bo żaden ze mnie Robocop, żeby ciągle funkcjonować na wysokich obrotach. Co prawda po tych ośmiu miesiącach, które już upłynęły, nadal trzymam się prawie każdej zajawki, ale doba nie jest z gumy i czasem trzeba rezygnować z jednej rzeczy kosztem drugiej. Zdarza mi się też nadal wpaść jakąś króliczą norę na jutubach i zmarnować godzinę na oglądaniu jakichś bzdur, ale dzieje się to znacznie rzadziej.
Ogólnie polecam każdemu spróbować takiego głębszego cyfrowego detoksu. Nie jest to łatwe, szczególnie że big techy zrobią wszystko, żeby uzależnić nas od swoich produktów, ale zdecydowanie warto. Choćby z czystej ciekawości, bo dziś może się wydawać, że nie da się bez Internetu egzystować, a przecież jeszcze nie tak dawno ludzie bez niego żyli. Nie będę tutaj plótł boomerskich bzdur, że było to życie lepsze, ale chyba każdy widzi, że wszystko to schodzi na psy, czego najlepszym przykładem jest choćby nasz kochany portal wypok peel, więc myślę, że im mniej będziemy siedzieć w sieci, tym lepiej ( ͡º ͜ʖ͡º)
Wpis dodany za pomocą
tego skryptu#bookmeter #ksiazki #rozwojosobisty #czytajzwykopem #poradnikibookmeter
Audyt
Skucha
Długi film o miłości
Szamańska chorobę