Ostatnio widzę coraz więcej ofert typu „off-market”. Im dłużej się temu przyglądam, tym bardziej dochodzę do wniosku, że to model, w którym tracą wszyscy... poza prowizjojadem. Jako osoba planująca zakup/sprzedaż, kompletnie nie widzę zalet tego rozwiązania. Rozbijmy to na czynniki pierwsze:
1. Perspektywa Kupującego:
Zamiast wejść na Otodom czy inny serwis i mieć przegląd rynku w 5 minut, muszę:
- dzwonić do 50 różnych biur
- zapisywać się na spam-listy mailingowe
- użerać się z prowizjojadami, którzy i tak zazwyczaj nie mają nic ciekawego do zaoferowania.
Jako kupujący chcę transparentności, a nie zabawy w podchody. I tak koniec końców będę szukał dojścia bezpośrednio do właściciela, żeby nie płacić komuś za to, że łaskawie pokazał mi ofertę, którą przede mną schował.
2. Perspektywa Sprzedającego:
Tu sytuacja jest jeszcze dziwniejsza. Prosta ekonomia mówi: większa ekspozycja = większy popyt = wyższa cena transakcyjna.
Ukrywanie oferty przed 90% rynku to strzał w kolano. Mniej chętnych to większe pole do negocjacji dla kupującego. Jakim cudem ograniczenie liczby odbiorców ma niby przynieść mi lepszą cenę?
3. Mit prowizji
Najbardziej bawi mnie argument, że off-market jest „ekskluzywny”. Jeśli kupujący jest gotów zapłacić kwotę X + 3% dla prowizjojada, to znaczy, że ja jako sprzedający mógłbym dostać po prostu te 3% więcej do ręki przy sprzedaży bezpośredniej.
Moim zdaniem off-market to nic innego jak budowanie marki prowizjojada Twoim kosztem. Używają Twojej nieruchomości jako „wabika”, żeby budować bazę klientów, a Ty jeszcze masz im za to zapłacić. Jeśli prowizjojad chce zarabiać na obrocie moją własnością bez wystawiania jej na rynek, to może to on powinien zapłacić Mi za wyłączność na taką zabawę?
Może jest tu jakiś prowizjojad, który potrafi mi, bez marketingowego bełkotu o „dyskrecji”, wytłumaczyć, po co komu off-market? Zapraszam do dyskusji ( ͡° ͜ʖ ͡°)
#nieruchomosci #changemymind i torchę
#lodz bo tutaj głownie działa taki jeden szkodnik