Wczoraj znaleźliśmy rannego psa błąkającego się wzdłuż autostrady. W sumie jedna osoba, która okrzykiem "o
**! ktoś przywiązał psa!" spowodowała, że zatrzymaliśmy auto. W lekkim szoku, większość pasażerów pomyślała, że to zwidy, może reklamówka, która przyczepiła się do płota. Podbiegliśmy do miejsca, gdzie widzieliśmy pieska, dobiegamy na miejsce - nikogo i niczego nie ma. Koleżanka się rozgląda i nagle... piesek ze strachu przecisnął się przez wąską bramę i kulejąc, chciał zwiewać. Pobiegliśmy za nim.
Piesu szybko się poddał i położył się w trawie. Patrzymy, ranne łapki, zdarty opuszek. Szybka myśl- bierzemy pieska do auta i dzwonimy do jakiegoś weta. Ewidentnie widać, że piesek jest ranny? Co mu się stało? Ktoś psa wywalił? Uciekł?
Zjechaliśmy do najbliższej miejscowości. Zatrzymaliśmy się na poboczu, dzwonimy do bardziej ogarniętych osób, co w takiej sytuacji zrobić. Polecenie: dzwonić na policję, nie oddalać się od miejsca znalezienia pieska, bo może ktoś go szuka.
I TU ZACZYNA SIĘ TO, CO SIĘ NAZYWA AMEBĄ UMYSŁOWĄ. Telefon na policję. Kolega mówi, że znaleźliśmy pieska, rannego. Prosi, by ktoś przyjechał i ogarnął sytuację. I co robi dyspozytor? Mówi, że to nie sprawa policji. Koniec połączenia. Za drugim razem, kolega powołał się na ustawę, w której policja ma obowiązek zająć się takim (bezpańskim) pieskiem, zawieźć do weta itp. Grochem o ścianę, koleś nawet się nie przejął, jeszcze stwierdził, że "chyba nie wiem o czym mówimy". Cholibka, że pies. Cholibka, że ranny. Gdy kumpel zapytał się o imię i nazwisko, dyspozytor je podał i się rozłączył.
Trzeci telefon wykonałem ja. Tym razem odebrał ktoś inny. Powtórzyłem to samo, co kolega, dodatkowo zapytałem, co by było, gdyby pies wyskoczył na autostradzie? Byłaby tragedia. Szkoda psa, szkoda ludzi. Jednak teraz dyspozytor przyjął zgłoszenie, poinformowaliśmy, gdzie można nas znaleźć.
Wielki szacun dla policjantów, którzy do nas przyjechali. Do tej pory jesteśmy pod wrażeniem. Po pierwsze, autentycznie zajęli się psem. Wzięli psiaka do samochodu i obiecali, że się nim zajmą, zawiozą do weta. Jeden z policjantów większość czasu chwalił psiaka, bo rzeczywiście mądra była psinka. Grzeczny, spokojny (może jednak był w szoku), podszedł do radiowozu i ułożył się na siedzeniu z tyłu.
I jak wyglądał koniec historii? Dzisiaj dzwoni jeden z policjantów do koleżanki i mówi, że piesek będzie miał prześwietlenie i jest bezpieczny u weterynarza. Po nocce w pracy, rozmawiał z żoną i BIERZE TEGO PIESKA DO DOMU.
Po jakimś czasie otrzymaliśmy smsa, że wet znalazł śrut. Czyli jakiś s-----l bez mózgu strzelał do psiaka, a ten uciekł. Co trzeba mieć w głowie, nie wiem.
Piszę to dlatego, że serdecznie chciałbym publicznie podziękować mł. asp. Krystianowi F., który zaopiekował się pieskiem oraz sierż. szt. Łukaszowi B. Zaangażowanie, profesjonalizm, ludzkie serce- cud, że spotkaliśmy ich na swojej drodze.
Wszelkie inwektywy kieruję do Jacka K., policyjnego dyspozytora. Za arogancję i chamstwo, ignorowanie bólu zwierzaka i zaprezentowanie się ze strony dyletanta, sugeruję zmianę pracy. Może pan wykładać "spychologię na innych" i prowadzić warsztaty z Chińskiej szkoły "jebiemieto". Sprawdziłby się Pan.
Dostaliśmy też przed chwilą zdjęcie z pieskiem, który jest już w domu policjanta, tym razem bezpiecznym. Jeszcze raz, wielki szacun dla policjanta.
#afera #zwierzaczki #oswiadczenie #gorzkiezale #prawo #policja