Sporo emocji wywołał ostatni artykuł w Wyborczej (będący komentarzem do listu w "Science", napisanego przez naukowców z Polski, w którym biadolą na finanse doktorantów w Polsce).
https://wyborcza.pl/7,75398,32659222,gorzki-list-w-science-polska-to-nie-jest-kraj-dla-doktorantow.html
Spójrzmy zatem jakie są fakty:
- stypendium dla doktoranta wynosi obecnie co najmniej 37% pensji profesora (przez pierwsze 2 lata), oraz co najmniej 57% przez kolejne 2 lata. Przy obecnej stawce profesorskiej (9370 zł) oznacza to odpowiednio minimum 3467 oraz 5341 zł. Od tego odprowadzana jest składka na ZUS oraz ubezpieczenie chorobowe (ok. 12%).
- warto wspomnieć, że są to kwoty minimalne i uczelnie mogą je dowolnie zwiększać. Dla przykładu, na Politechnice Wrocławskiej stypendium wynosi 4400 zł brutto (3905 zł netto) przez 2 lata, oraz 5490 zł brutto (4872 zł netto) przez kolejne 2 lata.
- wiele uczelni oferuje zwiększenia stypendiów dla najlepszych doktorantów. Znów powołam się na przykład Politechniki: można otrzymać stypendium o zwiększonej wysokości (+1405,50 zł co miesiąc przez okres 12 miesięcy), a także "Stypendium naukowe z funduszu własnego" w wysokości 5300 zł jednorazowo (można się starać co roku). Zatem, dobry doktorant trzeciego roku może na konto dostawać średnio miesięcznie około 6700 zł samych stypendiów z uczelni,
- najlepsi doktoranci zazwyczaj zaangażowani są w projekty badawcze. Tam wynagrodzenia rządzą się swoimi prawami, w zależności od rodzaju projektu, instytucji finansującej, itd. Krajowym standardem w naukach technicznych i ścisłych jest 5000 zł miesięcznie (netto). Razem z powyższym, daje to ~11700 zł miesięcznie na konto.
- przypomnę, że minimalna pensja profesora to 9370 zł brutto, a pensja adiunkta (czyli człowieka z doktoratem) to 70% wynagrodzenia profesora, czyli 6559 zł brutto.
- przypomnę, że w Lidlu płacą 6750 zł brutto (bez wymagań co do wykształcenia).
- Bardzo częsty u doktorantów jest strach przed końcem szkoły doktorskiej, bo spadają ze stypendium 11k netto na pensję adiunkta 6,5k brutto (a obowiązków jest więcej, bo trzeba uczyć 240h, a nie 30h).
Oczywiście, zaraz mi ktoś powie:
- "Nie wszystkie uczelnie są tak dobre jak PWr i nie zwiększają stypendiów".
Moja odpowiedź: zapraszam do robienia doktoratów na PWr.
- "Dodatkowe stypendia dostają tylko najlepsi"
Moja odpowiedź: to prawda. W każdym normalnym zakładzie pracy premie i podwyżki też dostają tylko najlepsi. Zachęcam do bycia najlepszym (po co robić doktorat, jeśli chce się być miernym?)
- "Nie każdy ma możliwość pracy w grancie"
Moja odpowiedź: to też prawda. Dlatego powtarzam magistrantom i doktorantom na początku kariery: jeśli nie pracujecie w grancie, dajcie sobie z tym spokój. Robienie doktoratu (w naukach technicznych i ścisłych) bez grantu nie ma najmniejszego sensu. Należy sobie uświadomić jedną rzecz, o której ludzie zazwyczaj nie wiedzą: uczelnie nie mają pieniędzy na prowadzenie badań naukowych. Subwencja, otrzymywana z budżetu państwa dla uczelni, na wydziałach dzielona jest na zaspokojenie podstawowych potrzeb: pensje nauczycieli (ok. 70%), pensje administracji (ok. 20%), koszty utrzymania budynków, infrastruktury, etc. (ok. 7%). Na coś, co można nazwać "pieniędzmi na badania naukowe" zostaje zatem 3%. Jeżeli rozsmarujemy, to średnio "na głowę", to dla średniej wielkości wydziału na uczelni wyższej wyjdzie optymistycznie kilka, może kilkanaście tysięcy złotych na rok. To zatem nie są w żadnym stopniu pieniądze umożliwiające jakiekolwiek badania naukowe (przypomnę, że średniej wielkości grant zapewnia środki rzędu 100-200 tys. PLN rocznie na zakupy materiałów zużywalnych, i do 500 tys. zł na zakup aparatury - i to jest kwota, która pozwala już coś tam porobić).
Konkluzja jest więc taka:
- w naukach ścisłych i technicznych, robienie doktoratu bez dodatkowego finansowania w postaci grantu jest aberracją i w ogóle nie traktowałbym tego poważnie. Taki doktorat to fikcja, która ciągnie się latami i nie ma z tego żadnego większego efektu, bo: a) doktorant zarabia mało więc pracuje poza uczelnią, b) nie ma pieniędzy na jakiekolwiek badania. Dlatego nawet nie ma sensu się takimi sytuacjami przejmować. Uważam, że należałoby wprowadzić wymóg, że aby móc mieć doktoranta, to trzeba mieć na niego pieniądze.
- w sytuacji zdrowej i normalnej, czyli takiej, gdy doktorant pracuje w grancie (np. prowadzonym przez swojego promotora), wynagrodzenie jest bardzo dobre i wynosi ponad 10 tysięcy na rękę. To jest kwota, o jakiej mogą pomarzyć absolwenci studiów wchodzący na rynek pracy, czy też osoby na stanowiskach juniorskich.
- o naukach innych (czyli humanistycznych, społecznych, etc.) się nie wypowiem, bo raczej nie ma o czym mówić. Społeczeństwo chyba rozumie różnicę między finansowaniem doktoranta zajmującego się nowymi technologiami magazynowania energii, a finansowaniem doktoranta badającego nowe interpretacje dzieł XVI-wiecznych pisarzy.
- ponadto, doktorant ma zniżki na pociągi i może np. mieszkać w akademiku/domu asystenta, zazwyczaj w centrum miasta, blisko uczelni. Koszt pokoju dla doktoranta w dużym mieście wojewódzkim to ok. 1000 zł/mc (w tym już jest prąd, ciepło, internet), czyli jakieś ~50% ceny wynajmu pokoju na mieście.
Wnioski pozostawiam Państwu.
#doktorat #uczelnie #pieniadze #nauka
https://wyborcza.pl/7,75398,32659222,gorzki-list-w-science-polska-to-nie-jest-kraj-dla-doktorantow.html
Spójrzmy zatem jakie są fakty:
- stypendium dla doktoranta wynosi obecnie co najmniej 37% pensji profesora (przez pierwsze 2 lata), oraz co najmniej 57% przez kolejne 2 lata. Przy obecnej stawce profesorskiej (9370 zł) oznacza to odpowiednio minimum 3467 oraz 5341 zł. Od tego odprowadzana jest składka na ZUS oraz ubezpieczenie chorobowe (ok. 12%).
- warto wspomnieć, że są to kwoty minimalne i uczelnie mogą je dowolnie zwiększać. Dla przykładu, na Politechnice Wrocławskiej stypendium wynosi 4400 zł brutto (3905 zł netto) przez 2 lata, oraz 5490 zł brutto (4872 zł netto) przez kolejne 2 lata.
- wiele uczelni oferuje zwiększenia stypendiów dla najlepszych doktorantów. Znów powołam się na przykład Politechniki: można otrzymać stypendium o zwiększonej wysokości (+1405,50 zł co miesiąc przez okres 12 miesięcy), a także "Stypendium naukowe z funduszu własnego" w wysokości 5300 zł jednorazowo (można się starać co roku). Zatem, dobry doktorant trzeciego roku może na konto dostawać średnio miesięcznie około 6700 zł samych stypendiów z uczelni,
- najlepsi doktoranci zazwyczaj zaangażowani są w projekty badawcze. Tam wynagrodzenia rządzą się swoimi prawami, w zależności od rodzaju projektu, instytucji finansującej, itd. Krajowym standardem w naukach technicznych i ścisłych jest 5000 zł miesięcznie (netto). Razem z powyższym, daje to ~11700 zł miesięcznie na konto.
- przypomnę, że minimalna pensja profesora to 9370 zł brutto, a pensja adiunkta (czyli człowieka z doktoratem) to 70% wynagrodzenia profesora, czyli 6559 zł brutto.
- przypomnę, że w Lidlu płacą 6750 zł brutto (bez wymagań co do wykształcenia).
- Bardzo częsty u doktorantów jest strach przed końcem szkoły doktorskiej, bo spadają ze stypendium 11k netto na pensję adiunkta 6,5k brutto (a obowiązków jest więcej, bo trzeba uczyć 240h, a nie 30h).
Oczywiście, zaraz mi ktoś powie:
- "Nie wszystkie uczelnie są tak dobre jak PWr i nie zwiększają stypendiów".
Moja odpowiedź: zapraszam do robienia doktoratów na PWr.
- "Dodatkowe stypendia dostają tylko najlepsi"
Moja odpowiedź: to prawda. W każdym normalnym zakładzie pracy premie i podwyżki też dostają tylko najlepsi. Zachęcam do bycia najlepszym (po co robić doktorat, jeśli chce się być miernym?)
- "Nie każdy ma możliwość pracy w grancie"
Moja odpowiedź: to też prawda. Dlatego powtarzam magistrantom i doktorantom na początku kariery: jeśli nie pracujecie w grancie, dajcie sobie z tym spokój. Robienie doktoratu (w naukach technicznych i ścisłych) bez grantu nie ma najmniejszego sensu. Należy sobie uświadomić jedną rzecz, o której ludzie zazwyczaj nie wiedzą: uczelnie nie mają pieniędzy na prowadzenie badań naukowych. Subwencja, otrzymywana z budżetu państwa dla uczelni, na wydziałach dzielona jest na zaspokojenie podstawowych potrzeb: pensje nauczycieli (ok. 70%), pensje administracji (ok. 20%), koszty utrzymania budynków, infrastruktury, etc. (ok. 7%). Na coś, co można nazwać "pieniędzmi na badania naukowe" zostaje zatem 3%. Jeżeli rozsmarujemy, to średnio "na głowę", to dla średniej wielkości wydziału na uczelni wyższej wyjdzie optymistycznie kilka, może kilkanaście tysięcy złotych na rok. To zatem nie są w żadnym stopniu pieniądze umożliwiające jakiekolwiek badania naukowe (przypomnę, że średniej wielkości grant zapewnia środki rzędu 100-200 tys. PLN rocznie na zakupy materiałów zużywalnych, i do 500 tys. zł na zakup aparatury - i to jest kwota, która pozwala już coś tam porobić).
Konkluzja jest więc taka:
- w naukach ścisłych i technicznych, robienie doktoratu bez dodatkowego finansowania w postaci grantu jest aberracją i w ogóle nie traktowałbym tego poważnie. Taki doktorat to fikcja, która ciągnie się latami i nie ma z tego żadnego większego efektu, bo: a) doktorant zarabia mało więc pracuje poza uczelnią, b) nie ma pieniędzy na jakiekolwiek badania. Dlatego nawet nie ma sensu się takimi sytuacjami przejmować. Uważam, że należałoby wprowadzić wymóg, że aby móc mieć doktoranta, to trzeba mieć na niego pieniądze.
- w sytuacji zdrowej i normalnej, czyli takiej, gdy doktorant pracuje w grancie (np. prowadzonym przez swojego promotora), wynagrodzenie jest bardzo dobre i wynosi ponad 10 tysięcy na rękę. To jest kwota, o jakiej mogą pomarzyć absolwenci studiów wchodzący na rynek pracy, czy też osoby na stanowiskach juniorskich.
- o naukach innych (czyli humanistycznych, społecznych, etc.) się nie wypowiem, bo raczej nie ma o czym mówić. Społeczeństwo chyba rozumie różnicę między finansowaniem doktoranta zajmującego się nowymi technologiami magazynowania energii, a finansowaniem doktoranta badającego nowe interpretacje dzieł XVI-wiecznych pisarzy.
- ponadto, doktorant ma zniżki na pociągi i może np. mieszkać w akademiku/domu asystenta, zazwyczaj w centrum miasta, blisko uczelni. Koszt pokoju dla doktoranta w dużym mieście wojewódzkim to ok. 1000 zł/mc (w tym już jest prąd, ciepło, internet), czyli jakieś ~50% ceny wynajmu pokoju na mieście.
Wnioski pozostawiam Państwu.
#doktorat #uczelnie #pieniadze #nauka







Dla podkręcenia klimatu: zarobki profesora (>9370 zł) przeliczane są na pensum wielkości 180~240 godz ROCZNIE (1 godz = 45 min). 30 tygodni w roku, daje to 8 godz zajęć (6 godz zegarowych) w tygodniu. Wolne wszystkie wakacje, święta :D
Adiunkt ma 360h rocznie - nadal 12 godz zajęć tygodniowo. I nie ma ludzi do pracy. I doktorantów na horyzoncie też nie ma. Jak habilitowaniu odejdą na emeryturę to nie mam pojęcia kto będzie prowadził ewentualne doktoraty.
@kamilspl: półprawda. Limity rekrutacyjne do szkoły doktorskiej w danych dyscyplinach uzależnione są od wielkości danej dyscypliny, tj. liczby pracowników w tej dyscyplinie. Zatem, nie będzie "od groma doktorantów", bo są sztywne limity. Podam przykład dla jednej z uczelni technicznych. Limit na technologii chemicznej: 19 osób, w naukach chemicznych: 29 osób (na rok). Dla porównania, elektronika/elektrotechnika: 33 osoby, informatyka: 37 osób, inżynieria środowiska i górnictwo: 38 osób. Nie zgadzam się więc z obydwiema postawionymi tezami: nie ma "od groma doktorantów na chemii", bo ustalone są limity. Na informatyce nie brakuje doktorantów, bo limity są wypełniane w 100% (jest więcej chętnych niż miejsc).
@kamilspl: znów półprawda, a nawet mniej niż ćwierćprawda. Oprócz podanego przez Ciebie obowiązku dydaktycznego, nalezy dodać:
- od 2 do 4 godzin w tygodniu konsultacji
- obowiązki organizacyjne (rada wydziału/instytutu, rada dyscypliny/rada naukowa, komisje doktorskie, komisje dyplomowe, komisje programowe kierunków),
- działalność naukowa (w przypadku profesora: pozyskiwanie grantów, kierowanie projektami, sprawozdawczość, raportowanie, pisanie artykułów, konferencje),
- opieka nad młodą kadrą (dyplomanci, doktoranci)
Wolnych wakacji nie skomentuję. Wakacje to jest jedyny czas, kiedy naukowcy mogą wreszcie popracować i każdy ciśnie od rana do nocy (bo nie ma studentów, nie ma rady wydziału, nie ma komisji, etc.)