Od jakiegoś czasu rozmyślam na pewien społeczny temat. Sprowokowała mnie do tego głównie relacja z wydarzeń, które spotkały mojego przyjaciela którego znam od podstawówki. I jest to temat który zasadniczo ciągnie się za mną od kiedy pamiętam, choć dopiero od tej akcji zacząłem na to zwracać większa uwagę i faktycznie o tym myśleć...
Ale od początku. O co chodzi? Mianowicie - mój ziomo zdając relację z wakacji na których ostatnio był przykuł moją uwagę tym, że praktycznie codziennie spotykała go jakaś sytuacja w stylu, że ktoś do niego podbił. Ktoś do niego zagadał. Ktoś go zaczepił. Ktoś go o coś poprosił. I często z tego inicjowaly się nawet większe relacje. Z paroma osobami nawet ma kontakt jeszcze teraz, bo się dodali na steamie, discordzie, whatsappie etc, i zgrywają sobie w gierki albo rozmawiają czasem. I gdy zacząłem sięgać pamięcią, to faktycznie zauważyłem, że przy każdym jego poprzednim wyjeździe było podobnie. Ba, często nawet jak wychodzimy na miasto połazić albo pochillować b---ę to podbijają do nas, a raczej do niego, randomowi ludzie zagadać, popytać, porozmawiać, skomplementować jego ubiór, wybór w sklepie, cokolwiek. Obojętnie czy to faceci czy kobiety, przyciąga jednych i drugich.
Możnaby w tym momencie powiedzieć sobie - super, fajnie że społecznie mu się powodzi i ma kontakt z ludźmi towarzyski z niego człowiek, co nie? No tyle tylko, że nie. Jak możecie zwrócić uwagę, za każdym razem to do niego podbijali. Nie on do ludzi. On raczej sam z siebie nigdy nie zaczyna żadnych interakcji. On ma w sobie coś, co sprawia że ludzie do niego lgną. Zawsze generuje swego rodzaju zainteresowanie wokół siebie. On może wejść randomowo do fryzjerki i wyjść z jej numerem telefonu (prywatnym) nawet jej o to nie pytając - sama mu go da.
I tutaj pojawia się problem który mnie męczy. Mianowicie - to, że on ma takie powodzenie mnie cieszy. Naprawdę jestem zadowolony z faktu, że mój przyjaciel odnosi taki sukces. W końcu jakim bym był przyjacielem gdybym nie cieszył się z jego szczęścia, czyż nie? Natomiast nie ukrywam, że wywołuje to u mnie uczucie, które z angielskiego można określić jako "Benign envy". Nie jest to typowa zazdrość w żadnym wypadku. A to dlatego, że ja odnoszę całkowite przeciwieństwo jego sukcesu. Do mnie nikt nigdy nie podbija. Do mnie nikt nigdy nie zagaduje. Mnie nikt nigdy nie komplementuje. Nikt nie wchodzi ze mną w żadne interakcje. Nawet w miejscach nastawionych typowo na kontakt z ludźmi, gdzie często rozmawia się nawet dla samego rozmawiania, rozluźnienia atmosfery czy cokolwiek, po prostu leje wodę żeby nie było smutno. W sklepie przy kasie, jak idę do fryzjera, dentysty czy cokolwiek. Jak czekam w kolejce zawsze słyszę, że obsługa rozmawia z wszystkimi przede mną, śmieją się itp, a jak przychodzę ja - cisza. Mina zbitego psa, jak najszybciej wykonać robotę i wypad. Brak jakichkolwiek interakcji. A jak ja próbuję tylko cokolwiek z siebie wydusić, od razu jestem zbywany. Jak jakiś śmieć. Oczywiście to zapewne ma też jakieś powiązanie z faktem, że nigdy nie byłem w związku a na Tinderze czy Boo mimo posiadania konta od wielu miesięcy nie miałem nigdy żadnego faktycznego matcha (bo tych które były od razu usuwane zanim zdążyłem napisać pierwszą wiadomość (a piszę zawsze praktycznie od razu) nie liczę jako match, a nawet ich było dosłownie z dwa)
Zasadnicze pytanie w tym wszystkim brzmi - dlaczego? Oczywiście, żeby nie było za łatwo większość możliwości można wykluczyć od razu. Przede wszystkim pomysły, że może wyglądam jak dres, albo po prostu groźnie/nieprzyjemnie czy w jakikolwiek sposób non-approachable raczej można odrzucić. Jestem niewysoki, raczej chudy (bmi 21). Nie mam żadnych blizn na twarzy, nie mam tatuaży, nie jestem docięty. Nie chodzę z kapturem na głowie, ubieram się raczej przeciętnie, zwykle (nie należę do żadnej subkultury i nie ubieram się jak np metalowiec czy jakis seba dres), nie jestem łysy, a wręcz przeciwnie. Mam długie włosy. Żeby dolać oliwy do ognia - mam taką aparycję, że jak się ogolę, a jestem ogolony praktycznie zawsze, to często jak już zdarzają się jakieś wymuszone interakcje, to słyszę w swoim kierunki zwrot per "pani"... Oczywiście o ile nie odezwę się pierwszy, bo wtedy problemu nie ma, głos mam raczej jednoznacznie męski, mimo, że to tylko tenor. Więc ponownie - teorie o nieprzyjemnym, groźnym, szorstkim albo nieprzystępnym wyglądzie czy budowie ciała raczej można odrzucić. Te z brakiem higieny również, ta swoi u mnie na wysokim poziomie, dbam o to. Nie mam skwaszonej miny, staram się na ogół uśmiechać, choć też unikam wymuszonego uśmiechu, bo wygląda to jeszcze gorzej i trochę creepy.
A więc - o co chodzi? Gdzie szukać problemu? Jak go rozwiązać? Im starszy jestem, tym bardziej mi to zaczyna doskwierać jeśli mam być szczery. I również nie sądzę, żeby to była kwestia do rozwiązania "terapią" bo zdecydowanie nie jest tak, że to jest coś co ja sobie wmawiam, nie jest to w żadnym wypadku tak, że "widzę drzazge w czyimś oku a w swoim belki nie dostrzegam", nie jest tak, że nie wykorzystuje możliwości które mi się przytrafiają (bo mi się nie przytrafiają w ogóle), nie jest to też samospełniająca się przepowiednia. Jednym słowem - to nie jest problem który mogę rozwiązać pracując nad samooceną i zdrowiem psychicznym bo pod tym kątem wszystko jest w najlepszym porządku. Niestety ja jestem całkowicie w d*pie i nawet nie wiem od czego zacząć... Nie wiem gdzie szukać. Nie jestem w stanie zrozumieć gdzie może leżeć ten problem. Moi znajomi również nie wiedzą, rozmawiałem z nimi na ten temat już kilkukrotnie, każdy z nich nie ma absolutnie pojęcia gdzie szukać. A więc przechodzę dalej i pytam tu. Może ktoś mierzył się już z podobnym problemem. Może ktoś go rozwiązał. Może ktoś się w tym specjalizuje. A może znajdzie się ktoś na tyle inteligentny tudzież spostrzegawczy, że zauważy coś, czego ja nie mogę i mi umyka. Bo jest to naprawdę powoli coraz bardziej męczące. Nie na tyle, żebym myślał o sznurze, do tego mi daleko, zresztą mam po co żyć, ale co to za życie w takim formacie.
#emocje #samorozwoj #relacje #introwertyzm #samotnosc #zycie #doroslosc #przemyslenia #pytanie #dyskusja #opinie#singiel #interpersonalne #psychologia
No można też "umówić się" bez wyraźnej roli kto kogo zaprasza, wtedy chyba domyślnie każdy płaci za siebie.
Chociaż, gdybym np pracował i dobrze zarabiał, i umówił się ze studentką, to jaki problem jest kupić jej ta kawę
Mirki po pierwsze mają bardzo mało pieniędzy, i nawet ta głupia kawa to wydatek na darmo, którego potem żałują i nie mogą przestać myśleć.
Oczywiście ci którzy się umawiają, bo 80% wpisów i tym płaceniu pochodzi od typów którzy nigdy z nikim nigdzie nie byli, być może paraliżuje ich myśl o kupieniu komuś kawy
A z drugiej strony może są panny które chcą nażreć się ośmiorniczek i kawioru na pierwszej randce, ale to nie w mojej niszy ekologicznej
Zresztą dopiero jedna mnie zaprosiła na obiad, sama płaciła te dwie stówy.
To takie pieprzenie ludzi bez pojęcia, jak Mirek wyżej wspomniał, albo tych co wyrywają jakieś Karyny szpanując kasą czy autem a później są zdziwieni, że muszą płacić xD