#ai #tworczoscai #neet #damskiprzegryw
_Poranki są najgorsze.
Nie dlatego, że trzeba wstać. Wstawanie jest akurat najmniejszym problemem. Można przecież przewrócić się na drugi bok, naciągnąć kołdrę pod brodę i udawać przed samym sobą, że dzień jeszcze się nie zaczął. Gorzej jest wtedy, kiedy człowiek już wstanie i podejdzie do okna.
Jesień jest najładniejsza właśnie rano. To chyba najbardziej złośliwa rzecz, jaką wymyśliła natura. Drzewa stoją po drugiej stronie ulicy w swoich rdzawych, żółtych i brunatnych kolorach, jakby ktoś rozlał farbę na całe miasto. Powietrze jest chłodne, niebo szare, ale nie ponure. Raczej spokojne. Jesienne światło ma w sobie coś, czego nie potrafię nazwać. Przez chwilę można nawet uwierzyć, że wszystko ma jakiś sens. Szkoda tylko, że oglądam to z mieszkania. Zza szyby. Jak coś, co można podziwiać, ale czego nie można dotknąć. Jesień zawsze była moją ulubioną porą roku. Lubię ten chłód, który nie jest jeszcze zimnem. Lubię zapach mokrych liści, krótsze dni, światło wpadające do mieszkań pod dziwnym kątem. Lubię, kiedy miasto trochę zwalnia, kiedy drzewa tracą liście i wszystko przez chwilę wygląda tak, jakby świat sam przyznawał, że nie zawsze musi być zielony. Tylko że w tym roku jesień przyszła, a ja jej nie mam. Patrzę na nią przez okno. Dzień po dniu. Jak na coś, co należy do mnie, ale zostało zamknięte po drugiej stronie szyby.
Na ulicy zaczyna się ruch. Najpierw pojedyncze samochody, potem autobusy, rowery, ludzie z kubkami kawy w dłoniach. Dzieci idą do szkoły. Ktoś inny biegnie, choć wygląda tak, jakby bardzo tego nie chciał. Ludzie idą do pracy, na uczelnię, do urzędu, do sklepu, gdziekolwiek. Wszyscy gdzieś zmierzają. To chyba najbardziej podejrzana cecha dorosłego życia: wszyscy mają dokąd iść.
Patrzę na nich i próbuję sobie przypomnieć, kiedy ostatnio był konkretny powód, żeby wyjść z domu przed wieczorem. Nie pamiętam. Od trzech miesięcy wychodzę głównie wtedy, kiedy robi się ciemno. Ciemność jest bardziej dyskretna. W ciemności człowiek przestaje być częścią ulicy, a staje się jednym z jej elementów. Cieniem między latarniami, sylwetką przy sklepie, kimś, kto równie dobrze może wracać z pracy, jak i wracać znikąd.
Rano nie wychodzę. Nie mam ochoty spotykać sąsiadów. Nie dlatego, że ich nie lubię. Właściwie prawie ich nie znam. To właśnie jest najgorsze. Człowiek może być całkowicie obcy, a mimo to potrafi w swojej głowie przypisać mu całe życie. Wyobrażam sobie, że sąsiedzi wiedzą. Że wiedzą, że nie pracuję. Że zauważyli, że od miesięcy nie wychodzę rano. Że widzieli mnie kiedyś przez firankę. Że prowadzą między sobą ciche dochodzenie.
Przez trzy miesiące wysłałem kilkadziesiąt CV. Nie takich napisanych na kolanie. Starannie przygotowanych. Poprawione doświadczenie, odpowiedni układ, słowa kluczowe, zgodność z ogłoszeniem. Nawet listy motywacyjne pisałem. Zawsze miałem wrażenie, że list motywacyjny jest trochę jak list miłosny do osoby, która zamieściła ogłoszenie o pracę. Szanowni Państwo, jestem niezwykle zmotywowany... Oczywiście. Motywacja jest ogromna. Zwłaszcza kiedy pieniądze zaczynają znikać.
Kilka odpowiedzi przyszło. Krótkich, uprzejmych i zimnych jak te jesienne poranki.
Czasami zaczynam się zastanawiać, czy te wszystkie formularze nie służą przypadkiem do czegoś innego. CV, numer telefonu, adres, historia zatrudnienia, wykształcenie. Wszystko elegancko zebrane w jednym miejscu. Może nie szukają pracowników. Może zbierają dane. To byłaby przynajmniej jakaś forma sukcesu. Moje dane komuś się przydadzą. Hehe.
Pieniądze nie mają niestety podobnego poczucia humoru. Widzę je na koncie coraz mniej. Liczba, która jeszcze niedawno wyglądała całkiem przyzwoicie, teraz zaczyna przypominać odliczanie. Nie wiem nawet, do czego. Każdy wydatek wydaje się większy niż wcześniej. Jedzenie. Rachunki. Artykuły chemiczne. Transport. Rzeczy, których nie kupuje się dla przyjemności, tylko dlatego, że bez nich życie staje się bardziej skomplikowane. Zastanawiam się czasem, na ile jeszcze wystarczy. Na miesiąc? Dwa? Może trzy, jeśli zacznę oszczędzać bardziej. Tylko co jeszcze można oszczędzić, kiedy już przestało się kupować prawie wszystko?
Niedawno zadzwonili nawet z mojego banku. Miły głos po drugiej stronie zaproponował mi pożyczkę. Prawie się roześmiałem. Pewnie zobaczyli, że od trzech miesięcy na konto nie wpłynęła żadna pensja, i uznali, że to idealny moment, żeby zaproponować mi dodatkowe pieniądze. To nawet logiczne. Kiedy człowiek zaczyna tonąć, najlepiej sprzedać mu cięższy kamień.
Ostatnio coraz częściej zapominam, jaki jest dzień tygodnia. Poniedziałek, wtorek, środa. Wszystkie wyglądają tak samo. Różnią się tylko tym, co akurat jem. W niedzielę niehandlową poszedłem do Lidla. Zorientowałem się dopiero przed wejściem. Niedziela. Oczywiście. Stałem przez chwilę przed zamkniętymi drzwiami i patrzyłem na kartkę z informacją, że sklep jest nieczynny. Wróciłem do domu. Nikt nawet nie zauważył.
To chyba najbardziej niepokojące w całej tej sytuacji. Nie to, że nie mam pracy. Nie to, że kończą mi się pieniądze. Nie to, że siedzę w mieszkaniu i oglądam przez okno życie innych ludzi. Tylko to, że dni mogą znikać i nic się nie dzieje. A jesień też znika. Codziennie trochę bardziej. Najpierw jeden liść. Potem kolejny. Potem całe gałęzie robią się nagie. Patrzę na drzewo po drugiej stronie ulicy i wiem, że za kilka tygodni nie będzie już miało nic do pokazania. Każdy kolejny rdzawy liść mówi, że minął następny dzień, w którym niczego nie zmieniłem. Każdy chłodniejszy poranek przypomina, że czas jednak płynie, nawet jeśli własne życie stoi w miejscu. Najgorsze, że jeszcze niedawno drzewa były pełne liści. Jeszcze wtedy można było pomyśleć, że jest dużo czasu. Teraz zostało go mniej. Jesień kończy się powoli, prawie niezauważalnie. Tylko ja będę pamiętać, że była tutaj jesień. Moja ulubiona. I że przez cały ten czas siedziałem za szybą, patrząc, jak powoli znika.
Właściwie najbardziej boli mnie nie to, że ją przegapiłem. Boli mnie świadomość, że widziałem każdy jej dzień i nie potrafiłem zrobić z żadnego z nich swojego. Codziennie rano jesień przychodziła pod moje okno. Codziennie rano dawała mi jeszcze jeden powód, żeby wyjść. A ja patrzyłem na nią z drugiej strony szyby, jak na życie, które odbywa się gdzieś obok. Jeszcze kilka tygodni i drzewa będą nagie. Potem przyjdzie mróz i zatrze ślady po liściach. Później spadnie śnieg, a wraz z nim przykryte zostaną wszystkie te miejsca, których tej jesieni nawet nie zobaczyłem z bliska.
I może następnej jesieni znowu będę stać przy tym samym oknie. Może znowu zobaczę pierwsze żółte liście. Może znowu pomyślę, że tym razem wyjdę. Tylko że jesień nie czeka. Nigdy nie czeka. Ona przychodzi, robi swoje, a potem odchodzi bez pytania, czy zdążyło się z niej skorzystać.
I chyba właśnie to jest w niej najbardziej okrutne. Że co roku daje człowiekowi dokładnie tyle samo piękna, a jednak nie oddaje żadnego dnia, który został zmarnowany._
_Poranki są najgorsze.
Nie dlatego, że trzeba wstać. Wstawanie jest akurat najmniejszym problemem. Można przecież przewrócić się na drugi bok, naciągnąć kołdrę pod brodę i udawać przed samym sobą, że dzień jeszcze się nie zaczął. Gorzej jest wtedy, kiedy człowiek już wstanie i podejdzie do okna.
Jesień jest najładniejsza właśnie rano. To chyba najbardziej złośliwa rzecz, jaką wymyśliła natura. Drzewa stoją po drugiej stronie ulicy w swoich rdzawych, żółtych i brunatnych kolorach, jakby ktoś rozlał farbę na całe miasto. Powietrze jest chłodne, niebo szare, ale nie ponure. Raczej spokojne. Jesienne światło ma w sobie coś, czego nie potrafię nazwać. Przez chwilę można nawet uwierzyć, że wszystko ma jakiś sens. Szkoda tylko, że oglądam to z mieszkania. Zza szyby. Jak coś, co można podziwiać, ale czego nie można dotknąć. Jesień zawsze była moją ulubioną porą roku. Lubię ten chłód, który nie jest jeszcze zimnem. Lubię zapach mokrych liści, krótsze dni, światło wpadające do mieszkań pod dziwnym kątem. Lubię, kiedy miasto trochę zwalnia, kiedy drzewa tracą liście i wszystko przez chwilę wygląda tak, jakby świat sam przyznawał, że nie zawsze musi być zielony. Tylko że w tym roku jesień przyszła, a ja jej nie mam. Patrzę na nią przez okno. Dzień po dniu. Jak na coś, co należy do mnie, ale zostało zamknięte po drugiej stronie szyby.
Na ulicy zaczyna się ruch. Najpierw pojedyncze samochody, potem autobusy, rowery, ludzie z kubkami kawy w dłoniach. Dzieci idą do szkoły. Ktoś inny biegnie, choć wygląda tak, jakby bardzo tego nie chciał. Ludzie idą do pracy, na uczelnię, do urzędu, do sklepu, gdziekolwiek. Wszyscy gdzieś zmierzają. To chyba najbardziej podejrzana cecha dorosłego życia: wszyscy mają dokąd iść.
Patrzę na nich i próbuję sobie przypomnieć, kiedy ostatnio był konkretny powód, żeby wyjść z domu przed wieczorem. Nie pamiętam. Od trzech miesięcy wychodzę głównie wtedy, kiedy robi się ciemno. Ciemność jest bardziej dyskretna. W ciemności człowiek przestaje być częścią ulicy, a staje się jednym z jej elementów. Cieniem między latarniami, sylwetką przy sklepie, kimś, kto równie dobrze może wracać z pracy, jak i wracać znikąd.
Rano nie wychodzę. Nie mam ochoty spotykać sąsiadów. Nie dlatego, że ich nie lubię. Właściwie prawie ich nie znam. To właśnie jest najgorsze. Człowiek może być całkowicie obcy, a mimo to potrafi w swojej głowie przypisać mu całe życie. Wyobrażam sobie, że sąsiedzi wiedzą. Że wiedzą, że nie pracuję. Że zauważyli, że od miesięcy nie wychodzę rano. Że widzieli mnie kiedyś przez firankę. Że prowadzą między sobą ciche dochodzenie.
- Ten z trzeciego chyba nie pracuje.
- A może pracuje zdalnie.
- Teraz wszyscy pracują zdalnie.
- No właśnie. Podejrzane.Może nawet powstała już jakaś teoria. Może pracuję dla tajnej organizacji. Może jestem milionerem prowadzącym eksperyment społeczny. Może ukrywam się przed urzędem skarbowym. Albo, co gorsza, jestem po prostu leniwy. Ta ostatnia teoria byłaby zdecydowanie najpopularniejsza i najbardziej mnie przeraża.
Przez trzy miesiące wysłałem kilkadziesiąt CV. Nie takich napisanych na kolanie. Starannie przygotowanych. Poprawione doświadczenie, odpowiedni układ, słowa kluczowe, zgodność z ogłoszeniem. Nawet listy motywacyjne pisałem. Zawsze miałem wrażenie, że list motywacyjny jest trochę jak list miłosny do osoby, która zamieściła ogłoszenie o pracę. Szanowni Państwo, jestem niezwykle zmotywowany... Oczywiście. Motywacja jest ogromna. Zwłaszcza kiedy pieniądze zaczynają znikać.
Kilka odpowiedzi przyszło. Krótkich, uprzejmych i zimnych jak te jesienne poranki.
Dziękujemy za zainteresowanie. Dziękujemy za poświęcony czas. Po analizie wszystkich kandydatur zdecydowaliśmy się na inną osobę. Życzymy powodzenia w dalszym rozwoju zawodowym.To ostatnie zawsze mnie bawiło. W jakim rozwoju? W kierunku ściany? Reszta nie odpowiedziała wcale. I chyba to jest gorsze. Odmowa przynajmniej zakłada, że ktoś przeczytał. Brak odpowiedzi zostawia człowieka w dziwnym stanie zawieszenia. Może jeszcze oddzwonią. Może coś przeoczyli. Może rekrutacja się przeciąga. Może stanowisko jest już nieaktualne. Może nigdy nie istniało.
Czasami zaczynam się zastanawiać, czy te wszystkie formularze nie służą przypadkiem do czegoś innego. CV, numer telefonu, adres, historia zatrudnienia, wykształcenie. Wszystko elegancko zebrane w jednym miejscu. Może nie szukają pracowników. Może zbierają dane. To byłaby przynajmniej jakaś forma sukcesu. Moje dane komuś się przydadzą. Hehe.
Pieniądze nie mają niestety podobnego poczucia humoru. Widzę je na koncie coraz mniej. Liczba, która jeszcze niedawno wyglądała całkiem przyzwoicie, teraz zaczyna przypominać odliczanie. Nie wiem nawet, do czego. Każdy wydatek wydaje się większy niż wcześniej. Jedzenie. Rachunki. Artykuły chemiczne. Transport. Rzeczy, których nie kupuje się dla przyjemności, tylko dlatego, że bez nich życie staje się bardziej skomplikowane. Zastanawiam się czasem, na ile jeszcze wystarczy. Na miesiąc? Dwa? Może trzy, jeśli zacznę oszczędzać bardziej. Tylko co jeszcze można oszczędzić, kiedy już przestało się kupować prawie wszystko?
Niedawno zadzwonili nawet z mojego banku. Miły głos po drugiej stronie zaproponował mi pożyczkę. Prawie się roześmiałem. Pewnie zobaczyli, że od trzech miesięcy na konto nie wpłynęła żadna pensja, i uznali, że to idealny moment, żeby zaproponować mi dodatkowe pieniądze. To nawet logiczne. Kiedy człowiek zaczyna tonąć, najlepiej sprzedać mu cięższy kamień.
Ostatnio coraz częściej zapominam, jaki jest dzień tygodnia. Poniedziałek, wtorek, środa. Wszystkie wyglądają tak samo. Różnią się tylko tym, co akurat jem. W niedzielę niehandlową poszedłem do Lidla. Zorientowałem się dopiero przed wejściem. Niedziela. Oczywiście. Stałem przez chwilę przed zamkniętymi drzwiami i patrzyłem na kartkę z informacją, że sklep jest nieczynny. Wróciłem do domu. Nikt nawet nie zauważył.
To chyba najbardziej niepokojące w całej tej sytuacji. Nie to, że nie mam pracy. Nie to, że kończą mi się pieniądze. Nie to, że siedzę w mieszkaniu i oglądam przez okno życie innych ludzi. Tylko to, że dni mogą znikać i nic się nie dzieje. A jesień też znika. Codziennie trochę bardziej. Najpierw jeden liść. Potem kolejny. Potem całe gałęzie robią się nagie. Patrzę na drzewo po drugiej stronie ulicy i wiem, że za kilka tygodni nie będzie już miało nic do pokazania. Każdy kolejny rdzawy liść mówi, że minął następny dzień, w którym niczego nie zmieniłem. Każdy chłodniejszy poranek przypomina, że czas jednak płynie, nawet jeśli własne życie stoi w miejscu. Najgorsze, że jeszcze niedawno drzewa były pełne liści. Jeszcze wtedy można było pomyśleć, że jest dużo czasu. Teraz zostało go mniej. Jesień kończy się powoli, prawie niezauważalnie. Tylko ja będę pamiętać, że była tutaj jesień. Moja ulubiona. I że przez cały ten czas siedziałem za szybą, patrząc, jak powoli znika.
Właściwie najbardziej boli mnie nie to, że ją przegapiłem. Boli mnie świadomość, że widziałem każdy jej dzień i nie potrafiłem zrobić z żadnego z nich swojego. Codziennie rano jesień przychodziła pod moje okno. Codziennie rano dawała mi jeszcze jeden powód, żeby wyjść. A ja patrzyłem na nią z drugiej strony szyby, jak na życie, które odbywa się gdzieś obok. Jeszcze kilka tygodni i drzewa będą nagie. Potem przyjdzie mróz i zatrze ślady po liściach. Później spadnie śnieg, a wraz z nim przykryte zostaną wszystkie te miejsca, których tej jesieni nawet nie zobaczyłem z bliska.
I może następnej jesieni znowu będę stać przy tym samym oknie. Może znowu zobaczę pierwsze żółte liście. Może znowu pomyślę, że tym razem wyjdę. Tylko że jesień nie czeka. Nigdy nie czeka. Ona przychodzi, robi swoje, a potem odchodzi bez pytania, czy zdążyło się z niej skorzystać.
I chyba właśnie to jest w niej najbardziej okrutne. Że co roku daje człowiekowi dokładnie tyle samo piękna, a jednak nie oddaje żadnego dnia, który został zmarnowany._
antistar1
2026-10-05 18:17:19
+0
@Zoyav
Zoyav
2026-10-05 18:19:59
+0
@antistar1: oczywiście że nie, sama tego nie przeczytałam bo mi się nie chciało




