#psiarze Tradycyjnie po robocie w kołchozie oparłem się o parapet i spoglądam przez otwarte okno na zieleń, którą mam pod oknem. Najpierw przystrzyżony trawnik, a potem żywopłot, niestety niezbyt gęsty i szpary pomiędzy gałęziami są (niewielkie, ale jednak). Obserwowałem kota dzikożyjącego, który podszedł pod sąsiednie okno i sobie przycupnął, by to raz zerkać na mnie, a to na to, co się dzieje za żywopłotem. Cóż za majestatyczne i szlachetne stworzenie! Żadnego ujadania, nieustannego kręcenia się wokół. Cisza, spokój i harmonia. W ciągu piętnastu minut pięciu psiarzy przechodziło. Oczywiście dwóch z nich musiało pozwolić na to, żeby ich pies zlał się na żywopłot. Ale żaden nie narobił gówna więc dałem już sobie spokój z upominaniem, bo i tak nie zrozumieją, a ja po robocie nie mam zamiaru wdawać się w konwersację nad tym, jak bardzo są upośledzeni ci, którzy pozwalają swoim pchlarzom robić gdzie i co chcą. W końcu nadchodzi ONA. Ze swoim psem, który jest chyba mieszańcem jakieś myśliwskiej rasy. Pies na smyczy, ale gdy zauważył kota, to od razu rozciągnął smycz na kilka metrów i przez niewielką wolną przestrzeń w żywopłocie wleciał mi na trawnik. Wołam do niej: "trzymaj smycz!" Tym razem utrzymała (podobna sytuacja miała miejsce jakiś czas temu, tylko że wtedy pies wyrwał się i wraz ze smyczą pobiegł za kotem, a ona musiała za nim). Oczywiście, gdy się szarpała z kundlem, to smycz skutecznie łamała gałęzie żywopłotu. Kot uciekł, pies wrócił z powrotem na chodnik. I wtedy zapytała: "to <trzymaj>, to do mnie było?" Odpowiadam zgodnie z prawdą: "tak". A ona na to: "nie jesteśmy na <ty>" i spieprzyła. Stara prukwa, już drugi raz jej pchlarz wszedł mi w szkodę. Drugi raz nie potrafiła trzymać go przy sobie. Gdyby rzucił się na dziecko, a nie na kota, to inaczej by się to skończyło. A psiara jedynie co ma do powiedzenia, to to, że nie zwróciłem się do niej po jaśniepańsku. Już dawno nauczyłem się nie panować. Jak nie mam do kogoś interesu albo wiem, że osoba, z którą wchodzę w interakcję, jest kimś, do kogo nie mam szacunku, to nigdy nie tytułuję ani nie honoruję. A psiarzy już na pewno. Może tym razem ostatnie słowo nie należało do mnie, bo nie miałem zamiaru żadnej już wiązanki do niej puścić, tym bardziej, że to już był wieczór. Ale też nie sposób powiedzieć, że wyszła z tego bez szwanku, bo słabości nie okazałem, nie pozycjonując jej wyżej ode mnie, gdybym zwrócił się do niej inaczej niż per "ty" czy używając słowa "proszę". Taka historia z codziennej obserwacji poczynań psiedofili ¯\(ツ)/¯
Ps. a w drodze z roboty na odległości stu metrów, pięć
olbrzymich kup na skraju chodnika. Brudasy
Szczerze powiem, że dalej bałem się już ciągnąć rozmowę.