TLDR: lubimy jak sprawca wypadku jest "szaleńcem", bo nie chcemy się sami przed sobą przyznać, że większość wypadków powodują kierowcy którzy jeżdżą "tak jak my".
Tak się zastanawiam gdzie tkwi sekret tego, że jedne wypadki drogowe przechodzą zupełnie bez echa, a inne stają się tak nośnym tematem.
Wiadomo że emocje się uruchamiają jak giną dzieci, piesi, wypadek z brawury. To na pewno się dokłada.
Ale moim zdaniem jest w tym pierwiastek wyparcia.
I to doskonale widać na przykładzie tego ostatniego, tragicznego wypadku w Krakowie.
Jest takie ciśnienie, takie oczekiwanie, tak większość komentujących to widać że by chciała, żeby się okazało żeby ten kierowca pędził, żeby driftował, żeby miał ten samochód jeszcze tuningowany, na nie wiadomo jakich oponach. Żeby był dobrze znanym w okolicy drogowym terrorystą itp. itd.
A ja chyba wiem dlaczego - bo to jest właśnie wyparcie.
Bo kierowcy chcą takiego obrazu sprawcy wypadku drogowego który jest szaleńcem, który leci "dwieście w mieście" i to najlepiej pijany, dlatego tak ludzie lubią rozważać problematykę bezpieczeństwa w ruchu drogowym przez perspektywę Majtczaka, Perettiego i Żaka.
Lubimy ten archetyp sprawcy śmiertelnego wypadku - samochód na jaki nas nie stać (w innej dopuszczalnej wersji - stary strucel którego nigdy byśmy nie kupili), prędkość której nigdy nie osiągamy, manewry których nigdy nie robimy, sytuacja w której nigdy się nie znajdujemy (jakieś nielegalne wyścigi itp.), najlepiej jeszcze żeby był pijany, z pięcioma zakazami i wcześniejszymi wyrokami.
Dlaczego lubimy?
A bo wtedy to nie my.
Możemy się ustawić w wygodnej pozycji komentowania "co za debil" i nie ma ryzyka utożsamienia się ze sprawcą.
Dlatego takie wypadki to lubimy komentować, omawiać i uważać za całe zło całego świata.
Wygodnie wtedy piętnować, życzyć cwelenia pod celą i ogólnie "Tłum przystawia komuś do twarzy pięści, żądają dla niego kary śmierci"
Podczas gdy (dużo bardziej niewygodna) prawda o wypadkach jest w codziennym raporcie Mireczka
@Salido na tagu
#smiertelnewypadkiGdzie się okazuje że ludzie nie tyle giną dlatego, że jakiś banan w sportowej furze leciał 200 w mieście, a raczej dlatego że ktoś jechał trochę za szybko, ktoś (czasami nawet nie ten co za szybko) nie popatrzył, nie zauważył, nie pomyślał, dochodzi do zderzenia, do tego dużo pecha i jest skutek śmiertelny.
Wcale na wypadek nie trzeba latami pracować brawurą i szaleństwem, a wystarczy nieoczekiwanie przegiąć, popełnić błąd i gotowe - 1660 osób zginęło w zeszłym roku.
To gorzka do przełknięcia pigułka że problemem nie jest Majtczak, a masowa jazda 70 w mieście, "niepopatrzenie", chwila zerkania w telefon, niezauważenie pieszego czy rowerzysty, nawet dekoncentracja.
Tak naprawdę drogowa patologia (która była normą jeszcze w latach 90-00) już została wyeliminowana.
I za pomocą zmian w prawie, w infrastrukturze, w społecznym nastawieniu.
Alkoholizm nie jest już chorobą zawodową kierowców zawodowych.
150 nie jest już typową prędkością przelotową na zadrzewionych krajówkach.
Wyprzedzanie na trzeciego nie jest już normalnym sposobem podróżowania przez Polskę.
Piesi nie muszą już uciekać z przejść dla pieszych wyganiani klaksonem.
A 100 to nie jest normalna prędkość na każdej prostej w mieście.
Ilość ofiar wypadków drogowych spadła z poziomu 7000-8000 ofiar rocznie do 1660 w zeszłym roku i trwale utrzymuje trend malejący.
To już jest okolica unijnej średniej, już przynajmniej nie odstajemy.
I tak naprawdę ci "zwykli kierowcy" boją się tego że tego, że żeby dalej utrzymać ten trend malejący trzeba się powoli brać właśnie za nich.
Bo pijaków, szaleńców i innych świrów na drogach już praktycznie nie ma.
I obecnym drogowym złolem i statystycznie odpowiedzialnym za te 1660 ofiar jest kierowca zupełnie przeciętnego samochodu, jadący sobie spokojnie coś tam ponad limit, czasem może depnie na przelotówce jak widzi pustą drogę, który coś tam zerknie co to przyszło na telefonie itp. itd.
Smutno by było komentującym gdyby się okazało że Hubert z Krakowa nie driftował, nie szalał, a jechał sobie "normalnie" 70 w mieście "jak każdy" no i faktycznie wszedł trochę za szybko w trochę za ciasny zakręt po trochę zbyt mokrym, wybiło go na jakiejś dziurze albo nie wymierzył i uderzył w krawężnik i na nieszczęście na jego drodze znalazła się para z małym dzieckiem.
Dlatego trzymamy wszyscy kciuki za to żeby się okazało że pałował tam 170 i najlepiej jeszcze żeby mu na toksykologii coś wyszło, bo wtedy odetchniemy że to nie mogliśmy być my...
#wypadek #krakow #polskiedrogi