Dzisiaj znowu miała miejsce rozmowa z moją matką na temat związków. Niedawno wróciłem ze szpitala gdzie miałem m.in. punkcje lędźwiową i słabo się po niej czuje. Lekarze powiedzieli, że z tym różnie bywa, i niektórzy szybko dochodzą do siebie, a niektórzy mają pecha i trwa to dłużej, i że mam się oszczędzać przez nawet dwa tygodnie, aż bóle głowy nie ustąpią. Przez pierwsze 3 dni w zasadzie leżałem na płasko i nawet głowy nie mogłem unieść. Ledwo złaziłem z wersalki żeby się odlać, albo zrobić coś do jedzenia. Matka oczywiście już zaczęła coś tam przebąkiwać niby pół żartem: "No synek, gdybyś miał kobietę, to by ci przynajmniej kawę zrobiła. Jak zostaniesz sam i będziesz chory, to nikt ci nawet wody nie poda." I tak przez kilka dni, a dzisiaj to już bezpośrednio powiedziała, że muszę koniecznie sobie kogoś znaleźć, bo życie wtedy jest łatwiejsze. Temat oczywiście powraca regularnie od lat, ale teraz to mnie w------o, bo to jeszcze potęguje ten ból i jej odpowiedziałem, że no kurde czy ona nie widzi jak jest? Przecież mam 37 lat, jestem schorowany, siedzę na zasiłku 1200 zł i mieszkam kątem z rodzicami. Kto normalny chciałby takiego śmiecia? To nie jest żadne użalanie, tylko stwierdzenie faktu, no jest jak jest. Może gdybym był ładny i wysoki ale nie jestem. I wiecie co powiedziała?, że moja siostra też była chora i samotna, ale sobie kogoś znalazła, i teraz nawet mieszkanie kupili i żyją, i jest ok. I jeszcze podała kilka innych przykładów, jakieś córki znajomych, co to przed czterdziestką sobie życie ułożyły. Jak jej mówię, że to nie to samo, to patrzy na mnie jak na marsjanina. "Przyprowadź sobie jakąś tutaj, kobiet jest pełno, przecież są aż dwa wolne pokoje!"
Mam ochotę wyjść i się n-----ć ale nawet tego nie moge.
#przegryw #gownowpis