#szpital #wypadek #policja #mandat #kiciochpyta Hej mirasy,
miałam niedawno wypadek samochodowy (najprawodpodobniej coś leżało w ciemności na jezdni + było ślisko), w wyniku którego zaliczyłam podwójne dachowanie. W zasadzie przez następne kilka dni byłam półprzytomna, i tu się zaczyna moje pytanie do Was: został mi wlepiony mandat (za niedostosowanie prędkości do warunków), wzięto mnie do szpitala, założono inwazyjną aparaturę i przeprowadzono wywiad, wciąż w stanie zamroczenia, gdzie jeśli ktoś by mi w tym stanie zarzucił, że strzelałam do Kennediego, to bym potwierdziła.
Konkret: przez to wzięto mnie na oddział zamknięty, w którym moje dotychczasowe leczenie zostało kompletnie zaniechane (miałam powoli odstawiać leki i przechodzić na inne, przez trzy dni ŻADNYCH leków nie dostałam, dopiero gdy się upomniałam dostałam, za przeproszeniem, g---o, po którym byłam skołowana jeszcze bardziej). Dodatkowo, ten jeden tydzień, który tam spędziłam w zasadzie przeważył nad studiowaniem dwóch kierunków (nie mogłam się uczyć na nadchodzące kolokwia i drugie terminy) - zostałam zmuszona do rzucenia jednego.
Prócz tego, w zasadzie wzięto mnie tak jak stałam, bez żadnych rzeczy, butów, na ten oddział, dopiero po kilku dniach rodzina dostarczyła mi kilka podstawowych rzeczy (na oddziale nawet nie było papieru, mydła, ręczników itd., więc jak ktoś jest całkiem sam, to powodzenia). Gdyby nie ta sama rodzina, to pewnie nie wypuściliby mnie tak szybko, bo po prostu byli upierdliwi dla Pani Ordynator™. Zgłosiłam, że chcę wyjść na żądanie (w zasadzie nikt mi do tej pory nie powiedział, że jest coś takiego, wiem, trzeba było wiedzieć wcześniej, no ale wiecie, skołowanie itd.), tego samego dnia Pani Ordynator™ pytana przez moich rodziców powiedziała, że "ona pierwsze słyszy, żeby ona chciała na żądanie".
Ostatecznie udało się mnie wypisać... o mniej więcej 14:30. Jest tu jeszcze jedna kwestia. Wzięto moje rzeczy (dowód, klucze, legitymacje, tego typu sraty pierdaty) do depozytu. Depozytu, który był do 14:35. W innym budynku, i każdy mówi, że depozyt jest gdzie indziej, w kilku budynkach oddalonych od siebie tak z 200 metrów - nota bene było to wtedy, gdy spadł mocny śnieg i wszędzie było ślisko, więc dodatkowo mnie to spowolniło. Rzeczy mi się nie udało odebrać, wobec tego musiałam dodatkowo się fatygować kilka dni później - jedyny możliwy termin przez najbliższe kilka tygodni, dodatkowo zawalając drugi termin jeszcze innego kierunku (bez kluczy nie wrócę do domu samodzielnie, więc nie mogłam pójść napisać).
Zmierzam do tego, że smutno mi, że w zasadzie naraz każdy w tej sytuacji miał mnie w dupie, od policji, przez ratowników, po personel psychiatryka. No i wnerwia mnie, że wystawiono mi mandat, gdy absolutnie nie byłam w stanie go świadomie przyjąć. Co do opieki medycznej: myślicie, że jest sens zgłaszać to, jak mnie potraktowali do Rzecznika Praw Pacjenta? Czy to norma i ja jestem przewrażliwiona?
Dzięki za przeczytanie