Jestem szefem kuchni. Od piętnastu lat prowadzę knajpę, przerobiłem z zespołem tysiące dań, od fine diningu po uczciwy street food. I powiem wam jedno: sekta Książula i jego wyznawcy to jest największy rak współczesnej gastronomii.
Przychodzi taki delikwent do lokalu, na nosie okulary przeciwsłoneczne w pochmurny dzień, w ręku telefon na gimbalu, a w oczach absolutna pustka intelektualna. Cała jego wiedza kulinarna zamyka się w trzech pojęciach: „czy jest zapałka”, „czy suróweczka jest ze świeżej kapusty” i „czy chrupie”. Gotujesz wywar przez 18 godzin, sprowadzasz oryginalne składniki z Neapolu, fermentujesz ciasto na pizzę przez 72 godziny, a wchodzi ci armia klonów z TikToka i zaczyna oceniać twoje życie przez pryzmat tego, czy sos czosnkowy jest zrobiony na bazie majonezu za 3 złote, czy od zera. Jeśli robisz od zera – „za rzadki, panie, u pana Mietka w budzie to aż łyżka stoi”.
Oni nie mają własnego smaku. Im się mózg kalibruje wyłącznie pod kątem tego, czy guru na filmie pokiwał głową z aprobatą, czy zrobił minę, jakby zjadł cytrynę. Jak Książulo powie, że gdzieś jest „poprawnie”, to cała ta pielgrzymka rusza szturmem, stoi cztery godziny w deszczu po kebaba z mrożonej kuli mocy, po czym piszą w opiniach Google: „No jadłem, Książulo miał rację, buła chrupiąca, 10/10”.
Dwa lata temu ten człowiek zawitał do mojej pizzerii. Zamówił Margheritę za 36 złotych. Mąka Caputo z Włoch, pomidory San Marzano z certyfikatem DOP, fior di latte krojone na świeżo. Typ bierze kęs, żuje przez dwadzieścia sekund w milczeniu, po czym patrzy w obiektyw z grobową miną i mówi do miliona ludzi: „No nie wiem, mordeczki... Sos za kwaśny, brzegi za bardzo spalone, za te pieniądze to nie urywa d--y. Jak dla mnie to jest niesmaczne, wolę pizzę z osiedlowego baru”. W ciągu 48 godzin miałem 300 negatywnych opinii od ludzi z drugiego końca Polski, którzy nawet nie wiedzieli, w jakim mieście leży mój lokal. Prawie poszedłem z torbami, ratowałem się kredytem obrotowym.
I teraz uwaga, ku***, trzymajcie się futryny, bo następuje FINAŁ.
Mija półtora roku. Wchodzę wczoraj do sklepu z zielonym płazem w logo, patrzę na lodówki, a tam co? Półka ugina się pod wielkim napisem: FAT PEPPA... MUALA!!! Cena? DWADZIEŚCIA PIĘĆ ZŁOTYCH za 546 gramów tektury falistej! Podchodzę, czytam skład: woda, mąka pszenna typ 500, wyrób seropodobny z olejem palmowym 12%, koncentrat pomidorowy z Chin, regulatory kwasowości E-trzysta-coś, aromat dymu wędzarniczego. Na wierzchu trzy plasterki salami, które wyglądają, jakby umarły ze starości przed zamrożeniem.
I wiecie co jest najlepsze? Przed lodówką stoi kolejka tych samych matołów, co mi wlepiali po jednej gwiazdce! Wyrywają sobie te kartony z rąk, płacą 25 ziko za zamrożony klin asfaltu i piszą posty na grupach: „O rany, Szymon znowu to zrobił! Wypiek genialny, czuć jakość, 25 zł to jak za darmo za taki kunszt!”.
Moja pizza z pieca opalanego drewnem na składnikach ściąganych prosto z Kampanii była za 36 zł „przegięciem i kwaśnym kwasem”, ale jego sprasowany trocinowy krążek z olejem palmowym za dwie i pół dychy to jest „święty Graal polskiej sceny gastro”. Nie ma ratunku dla tej branży. Po prostu nie ma. Zwijam piec, wstawiam dwie zamrażarki i zaczynam handlować mrożonym gruzem z naklejką influencera.
#ksiazulo #z----------------a