Mirki, mam najdziwniejszy problem na świecie: za dużo zarabiam.
Zmieniłem pracę na lepiej płatną.
Jednocześnie mojej żonie (nauczyciel) praca się pochrzaniła, i składa ułamek etatu z pojedynczych godzin w różnych dziwnych placówkach.
Jakoś tak dziwnie wyszło, że nagle okazało się, że zarabiam prawie 10x tyle, co ona.
I jakoś tak wyszło, że w gruncie rzeczy jej praca w takiej formie... trochę nie ma sensu ekonomicznego.
I tak utrzymuję w całości rodzinę. Realnie rzecz biorąc, jestem w stanie utrzymać wszystko i jeszcze co miesiąc jej przelewać pieniądze tytułem "kieszonkowego na pierdoły", a w zamian syn będzie trochę wcześniej odbierany z przedszkola.
Kompletnie nie przeszkadza mi bycie
#betabankomat .
Ale mojej żonie przeszkadza bycie
#karyna . W gruncie rzeczy jej się nie dziwię.
Taki to ze mnie opresyjny
#szowinista #meskaszowinistycznaswinia .
Z jednej strony - rozumiem jej rozżalenie, ambicje, i cichą zazdrość.
Z drugiej strony - staram się tego nie okazywać, ale trochę mnie irytuje jej wieczne zmęczenie, z którego właściwie nic nie ma.
Z trzeciej strony - rozumiem, że po całym dniu jeżdżenia od jednej pracy do drugiej, ma prawo być zmęczona.
Z czwartej strony - wychodzi rachunek ekonomiczny.
Z piątej strony - kurde, jednak kocham ją i po prostu mi jej żal :(
No i kurde, klops :(.